poniedziałek, 7 listopada 2016

Madame Intueri na Planecie Singli

Jeśli dobrze się zastanowić, jestem idealnym targetem dla komedii romantycznych – niezamężna, marząca o wielkiej miłości, mniej więcej (niestety już coraz mniej, niż więcej) w wieku bohaterek, a na dodatek naprawdę lubię ten gatunek. Dlatego, choć nie przepadam za polskim kinem, komedie romantyczne oglądam bez przykrości.
Ania jest nauczycielką muzyki. W walentynki wybiera się na randkę z mężczyzną z Internetu. Niestety, wybranek nie przychodzi. Przysiada się do niej jednak Tomek, prowadzący telewizyjny talk show. Na podstawie spotkania stwarza skecz z lalką Hanią, który funduje mu awans do głównej ramówki. Tomek proponuje Ani układ – będzie chodziła na randki z internetu i mu o nich opowiadała, on na tej podstawie stworzy kolejne skecze, a na koniec sezonu kupi jej nowe pianino dla kółka muzycznego.
Mam z tym filmem pewien problem. Właściwie niejeden. W sumie nietrudno uwierzyć w świat przedstawiony w „Planecie singli”. Z drugiej jednak strony, gdy się tak dłużej zastanowić… W filmie jest scena, w której dyrektor szkoły narzeka, że na nic nie ma, bo żona, bo córka, bo kredyt, a potem widzimy jego mieszkanie i okazuje się, że to… willa. Podobnie nauczycielka muzyki. Jeździ starym autem, ale ma piękne, duże mieszkanie. Po drugie. Gdy ją poznajemy, jest typową szarą myszą. Okulary, golf. I nagle, bez wyraźnego powodu, bo nawet nie z powodu faceta, okulary znikają, pojawiają się ładniejsze sukienki. Zatem co? Ekstra laska przebiera się za pensjonarkę, czy odwrotnie? No, ale dobrze, w komediach romantycznych zawsze trochę trzeba przymknąć oko na świat przedstawiony. W końcu ma być pastelowo i kolorowo. Zatem jest. 

Po drugie. Uczucie między głównymi bohaterami. Koncept z lalkami, moim zdaniem, bardzo trafiony. Jednak poziom żartów prezentowanych w programie Tomka... Ania mówi: „ok, to było nawet śmieszne”. Nie, droga Aniu, to nie było śmieszne. Było żenujące. Nie wiem, może nawet na planecie singli jestem kosmitką, ale dla mnie żarty z rzygania i goła dupa (nawet goła dupa Sthura!) nie są śmieszne, lecz żenujące. Poza tym nie podoba mi się naśmiewanie się z gwałtów (sugerowanie, że Hani pomogłaby tylko pigułka gwałtu, super… Cóż pomoże walka kobiet i wszystkie kampanie, że to nie sukienka gwałci, a mężczyzna, gdy potem serwuje nam się taką scenę) i feministek. Gej jest ok., ale już feministka, świadomie bezdzietna, bo postawiła na karierę (o zgrozo!) musi być cyniczną, bezduszną świnią i główną antagonistką filmu. Straszne. 
Zestawienie przeciwieństw. Klasyka komedii romantycznych. Wrażliwa romantyczka i cyniczny rekin biznesu. I to nawet byłoby ok. Przecież tyle razy się sprawdziło. Tyle, że cały rozwój tego uczucia jest pokazany niewłaściwie. Dostajemy jedynie strzępki sugestii „Zapłacę za oboje” mówi Tomek, płacąc za swoją kawę i frytki Ani, co zestawione zostaje potem z jedną z randek dziewczyny, podczas której mężczyzna myśli tylko o sobie i słowami matki: „Warto być jedynie z kimś, kto się naprawdę stara”. Lub w scenie w klubie, gdy Ania zostaje zestawiona z aktualną towarzyszką Tomka, która nie wierzy, że „W operze też śpiewają faceci, czaisz, muszę o tym twittnąć”. Zamiast pokazać to, co najciekawsze, zderzenie tych dwóch osobowości, rozwój uczucia Ani i Tomka to w większości sceny montażu spotkań, bez żadnych dialogów. Szkoda, to zmarnowany potencjał.
Kolejny zarzut. Każdy, kto widział w życiu choć kilka komedii romantycznych, ten wie, że „Planeta singli” to jeden wielki plagiat. Rozmowy Ani ze Słodko-Gorzkim to kalka „Masz wiadomość”. Finałowy koncert to nic innego jak nędzny powidok „To właśnie miłość”. Nawet sytuacja z programem Tomka jest nawiązaniem do filmu „Brzydka prawda”. Ojciec z dzieckiem, opłakujący ukochaną, która odeszła i ciotka omyłkowo wzięta za nową miłość, „Bezsenność w Siatlle”. Można jeszcze długo wymieniać.
Czy ten film ma jakieś plusy? W sumie na Sthura i Więdłochę całkiem przyjemnie się patrzy. Jest między nimi chemia, czego nie można powiedzieć o wszystkich tego typu produkcjach. No i przecież wszystko dobrze się kończy, więc film, jak na komedię romantyczną przystało, niesie ładunek nadziei – „Hej, to nic, że masz 28 lat, nie martw się, głowa do góry, wszystko jeszcze przed tobą”. Poza tym dorzućmy jeszcze przyjemną, wpadającą w ucho i dobrze dobraną muzykę (jest soundtrack z „Planety singli”, ktoś wie?)
    Wiecie, co jest najgorsze? Mimo wszystkich wad, które wymieniłam, ten film całkiem mi się podobał. Niestety, jestem zdania, że polskie komedie romantyczne, choć nędzne, są najlepszym, co obecnie produkuje polska kinematografia. Jeśli mam wybierać między komediami a bogoojczyźnianymi produkcjami, które wciąż serwuje nam rodzimy przemysł filmowy, postawię jednak na Więdłochę i Sthura.

1 komentarz:

  1. Bardzo, bardzobardzobardzo chciałam obejrzeć planetę singli.
    Internety, portale randkowe, spotkania z ludźmi z virtualnego świata, na zwiastunach to wyglądało interesująco, tym bardziej, że, wiadomo, "moje klimaty". Tym bardziej jestem - byłam- ciekawa, jak polskie kino może podejść do tematu
    I w momencie kiedy przeczytałam tę recenzję... chyba jednak mi sie odechciało, wychodzi na to, że moje oczekiwania jak zwykle rozmijają się z filmową rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń