środa, 31 maja 2017

Test na inteligencję

Izabella Frączyk z wykształcenia jest ekonomistką. W 2009 roku zaczęła pisać optymistyczne opowiastki dla kobiet. Od tamtej pory raz w roku wypuszcza na rynek wydawniczy kolejny „bestseller” , a to „Szczęście w nieszczęściu”, a to „Siostrę mojej siostry”, a to „Dziś jak kiedyś” lub „Koniec świata”.Przyznaję bez bicia, że żadnej z tych powieści nie znam, po książkę autorki sięgnęłam, bo wydając tom pierwszy „Stajni w Pieńkach”, czyli „Koncert cudzych życzeń”, tym razem zabrała się za „koński” temat, a ten żywo mnie interesuje.

Magda ma niemal trzydzieści lat, męża i dobrą pracę. Jednakże sielanka kończy się, gdy pracę traci, mąż zaczyna przebąkiwać, że pragnie dziecka , na które nasza bohaterka niekoniecznie jest jeszcze gotowa, a do ich cudnego mieszkanka sprowadza się gderliwa teściowa. Słowem: kanał. I wtedy pojawia się możliwość ratunku, Magda otrzymuje w spadku po dawno niewidzianej babci podupadającą stajnię w Pieńkach. Czy można się więc dziwić zdesperowanej kobiecie, że chwyta się tej okazji jak tonący brzytwy, byle uciec jak najdalej od „ukochanej” teściowej i rodzinnego „szczęścia”?

Co jest z tą książką nie tak? Od czego by tu zacząć? Po pierwsze jak na cykl zatytułowany „Stajnia w Pieńkach”, to stajni jest w nim jak na lekarstwo. Praktycznie nie ma koni, klientów, jazd. Nie ma opisów wszystkiego tego, czym stadniny żyją na co dzień. Nic z tych rzeczy. Jeśli jesteście miłośnikami tych klimatów i mieliście nadzieję na polskiego „Zaklinacza koni”, to porzućcie nadzieję, wy, którzy bierzecie do rąk tę książkę. Bo w niej się praktycznie nie jeździ konno. By nie minąć się z prawdą, jest jeden, enigmatyczny opis końskiego porodu i raz czy dwa wspomina się, że bohaterka jeździła konno, ale opisu samej przejażdżki nie uświadczysz. Mamy za to dużo rozwodzenia się nad strojami, makijażami, fryzurami i balsamami do ciała. Ludzkiego, by nie było wątpliwości.

Po drugie jest sztampowa. Do bólu sztampowa, tak, że czytelniczka, która trochę już w życiu przeczytała, potrafi bezbłędnie stwierdzić, co będzie dalej. Zatem spadki, nieoczekiwane znaleziska (dlaczego dla mnie nikt nie chowa klejnotów pod szafą!?), ciąże i romanse. I zdrady, zdrady, oczywiście. Ach, no i ten nieodparty urok brutala z więzienia. Co z tego, że z wyrokiem, skoro milusi?

Po trzecie bohaterka jest kretynką. Naprawdę. Najpierw dawała sobie wcisnąć każdy kit, wystarczy, że mąż ją trochę pourabiał, a potem… no, lepiej nie jest, tylko męża już brakuje. Poza tym lecą na nią wszyscy faceci z całej wsi. I zawsze jej mówią, że jest piękna, że cudowna, że pociągająca. A przecież wcześniej narrator opisywał ją jako szarą mysz. Ach, te szare myszy, co w sobie mają, że nagle zamieniają się w królowe balu?

Po czwarte sposób, w jaki to wszystko zostało napisane. Machnijmy ręką na to, że nierealistyczne, że szablonowe, ale do tego fatalnie napisane. Skrótowo, nie uświadczymy tu żadnych opisów miejsca ani ludzi (zresztą opisy autorka pozwala sobie wyszydzać, czyżby dlatego, że sama wyważonego opisu skonstruować nie potrafi?). Ponadto, w powieści roi się od powtórzeń i kolokwializmów. 

Czasami żałuję, że kobiety, które ukończyły studia wyższe w zakresie danej dziedziny, nie pozostały przy jej uprawianiu i z podwórka „weterynaria” czy „ekonomia” przeniosły się na poletko „literatura”, nazywając siebie pisarkami. Czekam na dzień, gdy sięgając po literaturę określaną jako „kobieca”, będę mogła przynajmniej mieć nadzieję, że moja inteligencja nie zostanie poddana torturom. Czekam na pisarki, którym bliżej będzie do Alice Munro, niż do Izabelli Frączyk i Katarzyny Michalak.

1 komentarz:

  1. Czasem dobry pomysł nie odzwierciedla się w wykonaniu ;)

    OdpowiedzUsuń