poniedziałek, 13 listopada 2017

Sztuka szaleństwa



W sumie nie nazwałabym siebie samej „graczem”. Nie jest to rozrywka, na którą przy moim ograniczonym czasie wolnym, lubię poświęcać jakoś specjalnie dużo czasu. Znacznie bardziej wolę książki i książki, i... być może kolorowanie. Grywam od czasu do czasu. W różne pozycje. W centrum mojego zainteresowania znajduje się nie tyle typ gry, co jej tematyka. I to właśnie dla opowiedzianej historii zainteresowałam się „Layers of fear".
            Akcja gry toczy się w XIX wieku. Wiktoriańskie i steampunkowe klimaty zawsze należały do
moich ulubionych. Gra odwołuje się też bardzo mocno do historii Doriana Graya, młodzieńca, który dzięki swojemu portretowi, nie starzał się mimo parszywego trybu życia. Natomiast bohaterem naszej opowieści  jest malarz. Poznajemy go w momencie, gdy wraca do własnego domu i stara się odkryć tajemnicę zaginięcia swojej rodziny. Wygląda na to, że nasz bohater, którego imienia nigdy nie poznamy, nic nie pamięta. Razem z nim krążymy po domu, by odnajdywać wskazówki, a dzięki nim zrozumieć, co w nim zaszło.
            Nie jestem miłośniczką horroru, a do tego typu gier należy „Layers of fear".  Jest to jednak pozycja, która straszy klimatem, nie krwią i odętymi członkami. Wraz z bohaterem snuć się będziemy po jego niegdyś pięknym wiktoriańskim domu. Z każdym okrążeniem odkrywać go będziemy wciąż na nowo i na nowo. Klimat tej gry jest naprawdę niesamowity. To wizualny majstersztyk. Przede wszystkim wszechobecne obrazy. Nie tylko te wiszące na ścianach, ale także ten, który nasz bohater desperacko próbuje skończyć. Jednak gra to nie tylko obrazy. Oczywiście obowiązkowo pogoda. Deszcz i błyskawice. Ciemna noc. Zazwyczaj brak światła, liczyć można tylko na świece. No i te niepokojące stuki i puki, znikające i pojawiające się drzwi. To wszystko tworzy naprawdę niepowtarzalny klimat. Wspomnieć należy o muzyce, która również została perfekcyjnie dobrana, a motywu przewodniego słucha się z przyjemnością, ale także pewną dozą strachu.
           
„Layers od fear" nie jest jednak pozbawione wad. Gra, choć początkowo straszy fenomenalnie, z biegiem czasu człowiekowi powszednieje. To, co wywoływało ciarki za pierwszym, czy drugim razem, po raz kolejny może już tylko przywołać pobłażliwy uśmiech. Denerwujące jest też poszukiwanie drobnych elementów we wszechogarniającej ciemności. A niestety bez ich znalezienia gra nie przepuści nas dalej, tak że kilkakrotnie musiałam się posiłkować pomocą internetu, by przejść do następnego pomieszczenia. Poza tym „Layers of fear” jest rzekomo grą wyborów. To, jak postąpimy, ma wpływać na przebieg rozgrywki i ostateczny kształt zakończenia. Owszem, są trzy warianty zakończenia historii malarza, tyle że dokonywane przez gracza wybory, to żadne wybory, gdyż nie wiemy nawet, w którym momencie ich dokonujemy. Nie mam zielonego pojęcia, co mogło zdecydować o kształcie mojego zakończenia i ostatecznym wyglądzie obrazu.
  
            Ogólnie jednak oceniłabym tę grę bardzo pozytywnie. Ma świetny klimat, tajemnicę, którą powoli odkrywamy, tak że wciąż mamy ochotę grać i pozostajemy ciągle zaciekawieni, nawet gdy spostrzeżemy pewne niedostatki mechaniki gry, przyjemną dla ucha muzykę. Gra pozwala nam powoli odkrywać kolejne warstwy opowieści, dzięki czemu zaczynamy się zastanawiać, gdzie leży granica między normalnością a szaleństwem, miedzy sztuką a perwersją.   

1 komentarz:

  1. Tytuł kiedyś wpadł mi jednym uchem.. Ale niestety drugim wypadł. A szkoda bo widzę że szykuje się ciekawa propozycja na długie zimowe wieczory :) Pewnie zagram, dzięki za recenzję :)

    justine-r.com

    OdpowiedzUsuń