niedziela, 3 listopada 2013

Dziady w małych miasteczkach, czyli o szkodliwości społecznej czynu


źródło

        Czasami przekleństwem jest mieszkać w małym miasteczku. Niestety, w małych miasteczkach w niewielkich domkach mieszkają zwykle mali ludzie o wąskich umysłach. Ludzie, którzy lubią narzekać, że w małych miasteczkach nic nie ma i nic się nie dzieje, ale gdy dziać się zaczyna, nie chce im się ruszyć tyłków sprzed wielkich telewizorów zainstalowanych w niewielkich domkach.
Ciasnym umysłom łatwo jest wmówić pewne rzeczy. Powiesz im to jest dobre, tamto złe, a one uwierzą, jakby wyrobienie sobie własnego zdania za bardzo bolało. Przykładowo: wystawa różańców jest dobra, przebieranie się i bieganie po domach z okrzykiem „cukierek albo psikus” jest złe. Pewnie dlatego, gdy poprosiłam o powieszenie w szkołach plakatów reklamujących obchody Halloween w bibliotece, usłyszałam, że to „szerzenie pogaństwa”. Plakaty powieszono, ale nie w szkołach. Tutaj pierwszy po Bogu nie jest dyrektor, a siostra zakonna. A jak wiemy: "Halloween w szkołach? Takie zabawy skłaniają do sadyzmu, potęgują egoizm, agresję i zmysłowość"*. Przerażająca jest zwłaszcza zmysłowość (pal licho egoizm i agresję)! Zabrońmy ludziom się przytulać. Wmówmy dzieciom, że rodzice się nie całują, a już najlepiej niech naprawdę się nie całują. Przecież to karygodne, by mama kochała tatę, tata wodził za mamą spojrzeniem (a już Boże broń zachwyconym, toż niemoralne, wstydliwe i potępienia godne!). Nawet nie rozmawiajmy o uczuciach, najlepiej o nich nie myślmy. Może wtedy księżom przestanie być przykro, że ich nie powinno to dotyczyć. Plakaty umieszczono bardzo wstydliwie, po cichu – to w gablocie w rynku, to w sklepowej witrynie. Jeszcze trochę i najchętniej zepchnięto by imprezę do podziemia.  Liczyłam się, że impreza nie wypali, bo jedyne, co jest pewne w małych miastach, to wyryte nad bramą słowo „basta”. Skoro ksiądz w kościele powie, że nie wolno, zakonnica w szkole skwapliwie powtórzy, to nie wolno i już. A jednak w dzień zero o godzinie zero raczej z rezygnacją, niż nadzieją na powodzenie, czekałam z trzydziestoma dyniami na śmiałków. Bo przecież nie wolno się poddawać, czyż nie? I zjawili się. Trzeba przyznać, że jak na realia małego miasta to było ich dość sporo. Podobnie, jak na wieczornym maratonie horrorów. Widocznie są jeszcze tacy, którzy nie przejmują się, że "nie wolno i już".
Może jest jeszcze nadzieja dla małego miasta? Ale tym sposobem zostałam najpewniej pełnoetatową małomiasteczkową czarownicą. W każdym razie z dwojga złego wolę szerzyć pogaństwo niż ciemnotę. Nie zauważyłam wśród dzieci, z którymi wycinałam dynię, skłonności do sadyzmu czy agresji (jak miałby przejawiać się ich egoizm? jedno drugiemu dyni nie wyrywało, krzycząc: "To moje!"). Przeciwnie, bez problemu dzieliły się ze sobą łyżkami (bo na dwunastu uczestników przypadały tylko dwie). To normalne miłe i uśmiechnięte dzieci. Nie sądzę, by miały zostać satanistami z powodu wycinania dyniowych lampionów. 
Być może nie mam racji. Ale póki ktoś mi nie wykaże, jasno i dobitnie, jaka jest szkodliwość społeczna wycinania dyni, nie mam zamiaru od niego odstąpić. 

___________________________
Wypowiedź biskupa Jerzego Mazura. Cytuję za: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14884032,Bp_Jerzy_Mazur___Halloween_w_szkolach__Takie_zabawy.html

1 komentarz:

  1. Czarownice to przecież tylko kobiety, które świat widzą szerzej, niż przeciętni ludzie- więc mimo ich zaślepienia, panna Intueri może się tylko cieszyć z takiego tytułu. W XXI wieku raczej człowieka za to, na szczęście, nie ukamienują.
    A że gadają? Dobrze, przynajmniej więcej ludzi usłyszy o pewnych inicjatywach. I a nuż następnym razem pojawi się ich jeszcze więcej?

    OdpowiedzUsuń