wtorek, 26 listopada 2013

Znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, została bohaterką - "W pierścieniu ognia" relacja subiektywna



  
     


W piątek do kin weszło „W pierścieniu ognia”, kontynuacja „Igrzysk śmierci”. Film zaliczył jedno z najlepszych otwarć w historii, już w weekend zarabiając dla swoich twórców dużo więcej milionów dolarów, niż ci weń zainwestowali.  I Polska do tego sukcesu dołożyła swoją cegiełkę. A wśród nastolatków, którzy w sobotę oblegali salę kinową, by film obejrzeć, byliśmy także my z T (chyba nie muszę dodawać, że znacznie zawyżając średnią wieku).

Katniss po wygranych igrzyskach, wróciła do domu w Dystrykcie 12. Jednakże teraz przed nią kolejne zadanie, tradycyjne tournee zwycięzców. W przeddzień wyjazdu odwiedza dziewczynę prezydent Snow, stawiając jej ultimatum – ma przekonać wszystkich o swojej miłości do Peety oraz zażegnać rodzące się nastroje rewolucyjne, inaczej jej rodzinie stanie się krzywda. Starania Katniss nie zdają jednak egzaminu. Prezydent podejmuje decyzję o uczczeniu jubileuszowych, 75 igrzysk, w dość szczególny sposób. Mają w nich wystąpić dwie osoby z każdego dystryktu, wyłonione spośród dotychczasowych zwycięzców. W ten sposób Katniss i Peeta znów stają na arenie.


            Idąc na film, nie znałam książki (chyba jako jedna z nielicznych nie czytałam jeszcze trylogii Suzanne Collins). Nie wiedziałam, co się wydarzy. Kiedy więc główna bohaterka i jej przyjaciel/udawany ukochany znów wylądowali na arenie, pomyślałam sobie: „I co, drugi raz to samo?”. Okazało się, że w pewnym sensie owszem. Film znów obnaża ludzką zwierzęcość. W jednej ze scen wszyscy bohaterowie biorą się za ręce na znak solidarności ze sobą nawzajem i protestu wobec bezwzględności państwa, które skazało ich na taki los. W następnej zabijają się w imię przeżycia za wszelką cenę. W „W pierścieniu ognia” próbowano przełamać tezę „Igrzysk śmierci”. Starano się pokazać, że trybuci zdolni są do uczuć wyższych, do walki za ideę wolności i za innych ludzi. Hasłem przewodnim filmu zdaje się być rewolucja, co potwierdza powtarzane co jakiś czas przez kolejnych bohaterów zdanie: „Pamiętaj, kto jest prawdziwym wrogiem”. Teraz już nie jednostka, a zbiorowość stara się wyłamać spod władzy systemu.  

            Bardzo podobało mi się ukazanie głównej bohaterki. Spodziewałam się, że Collins przedstawi ją jako superbohaterkę albo (nie daj Boże…) Mary Sue – „jestem cudowna, jestem wspaniała, jestem niezwyciężona, niczego się nie boję, a śmierci już najmniej”. Tymczasem wykreowała postać dziewczyny, która się nie raz trzęsie się ze strachu, miewa nocne koszmary, nie radzi sobie z sytuacją. Dziewczyny, która nie nadaje się do roli, jaka została jej przypisana. Aż chciałoby się rzec: „znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, została bohaterką”. 

            Jak już wspomniałam, nie czytałam książek, dlatego nie potrafię porównać tego, co zobaczyłam do treści powieści. Zastanawiało mnie wciąż w trakcie seansu, że mówiło się o rodzeństwie geniuszy, którzy ukryli się, przeczekali aż wszyscy się pozabijali i w ten sposób zwyciężyli. O innej parze natomiast stwierdzono, że stworzyli w trakcie igrzysk braterską relację. Jak to możliwe? To sugerowałoby, że nie tylko w przypadku Katniss i Peety dwoje wygrywało igrzyska, a przecież podobno zwycięzca zawsze miał być tylko jeden. Jeden, nie para. Może mi to ktoś wyjaśnić? Co źle zrozumiałam?

            Podobało mi się, tak, jak podobało mi się i poprzednio. Myślę, że to dobry film dla młodzieży, który pod warstwą zewnętrzną ma jeszcze coś głębszego do przekazania (T. powiedziałby, że nie, ale o gustach się nie dyskutuje). Choć za każdym razem, gdy wychodzę z kina po seansie, odczuwam nieprzyjemny dyskomfort. Towarzyszy mi zawsze to samo przekonanie. Jestem tchórzem, w sytuacji wojny umierałabym na kolanach. 
         Jeśli coś mi się nie podoba, to rozbicie ostatniej części na dwa filmy. Oczywiście, kochane pieniążki pomnażajcie nam widzowie.
Do obejrzenia „W pierścieniu ognia” serdecznie zachęcam.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz