czwartek, 21 listopada 2013

Trawy na zielono malować nie będę



źródło

            W lipcu tego roku minęły dwa lata od momentu, gdy założyłam blog. Jestem już trochę starsza, mam nadzieję, również trochę mądrzejsza. Kiedy powołałam do istnienia Bibliotekę Edgara, bardzo się cieszyłam, gdy zaczęły napływać propozycje współpracy od wydawnictw. Myślałam, że mnie doceniają, że moje opinie coś znaczą, że widzą, iż potrafię pisać. Cieszyłam się, bo halo, kto by się nie cieszył z darmowej książki?
            Okazało się, że im dalej w las, tym więcej drzew (jak powiedziałaby MS więcej butelek). Książki dostawałam, ale dostawało je też tylu innych, niekoniecznie piszących dobrze i po polsku, że zrozumiałam, iż to żadna nobilitacja. Poza tym, gdy wydawcy zaczęli ingerować w moje teksty, bo przecież „nie pisze się źle o książce, którą się dostało za DARMO”, pomyślałam sobie, że dość tego. Nie po to studiowałam krytykę literacką, żeby teraz ktoś mi dyktował, co mam myśleć i co mam pisać. Wycofałam się ze współpracy z większością wydawnictw. Nadal czytam książki, o których napisanie recenzji jestem proszona, ale piszę to, co uważam za stosowne. Nie jestem książkową prostytutką. Nie sprzedaję swojego zdania za książki.
            Jakiś czas temu zaprzyjaźniona biblioteka poprosiła mnie o recenzję pewnej powieści. Mniejsza o to czy powieść jest dobra, czy zła. Jestem krytykiem, ale nie krytykantką, nigdy nie odczuwałam potrzeby zniszczenia drugiego człowieka, zwłaszcza, gdy zaraz włącza mi się czerwona lampka: „a jak ty byś się poczuła, gdyby twoją książkę ktoś tak zmasakrował?”. Mniejsza też o tytuły i nazwiska. Jest kilku polskich pisarzy, których uważam za grafomanów, a ich powieści za nieporozumienia. I co z tego? Moje zdanie jest moim zdaniem i nikt się z nim zgadzać nie musi. Pisarzy tych po prostu nie czytam. Bo po cóż czytać i błotem obrzucać? Recenzję napisałam, wysłałam na adres biblioteki. Minęły dwa dni. I… cisza w eterze. Ani dziękuję, ani pocałuj mnie w dupę.
            Dziś dostałam od biblioteki, jak wszyscy jej czytelnicy, którzy podali swój adres mailowy, zaproszenie na spotkanie literackie autorki. Fajnie. Niech biblioteka promuje lokalnych twórców. To miłe i potrzebne. Zresztą to już nie pierwsze takie spotkanie literackie. Tyle, że tak się składa, iż spędziłam w tej bibliotece na stażu pół roku. Znali mnie tam i lubili (przynajmniej niektórzy, Muzealników serdecznie pozdrawiam!), a jednak moja książka nie została zakupiona, mnie nikt spotkania nie zaproponował. Nie to, żeby mnie to bolało, bo nie jestem reprezentacyjna i odmówiłabym. Zastanawia mnie co innego. Mianowicie dlaczego? Bo zdarzyło mi się uświadomić pani dyrektor, że pomyliła Grossa z Grassem? 
           Naprawdę życzę autorce, żeby spotkanie okazało się sukcesem, a w bibliotecznej sali czytelnicy siedzieli poupychani jak sardynki. Ale błagam, niech nikt mi nie wpiera, że teraz wydawnictwa biją się o jej następną książkę i pchają po nią drzwiami i oknami. Jestem młoda, ale nie głupia. Kitu sobie wciskać nie dam. Doskonale wiem, ile autorka za wydanie swej powieści zapłaciła, a jeśli nie zapłaciła, to znaczy, że zrzekła się praw autorskich i powieść już praktycznie nie jest jej. O takich autorów nie biją się wydawcy. No, chyba, że się jest Agnieszką Lingas - Łoniewską, a i w jej przypadku nie można mówić o bitwie o kolejne książki.
            Recenzja mojej książki pewnie się na stronie biblioteki nie ukaże. Nie będzie jej nikt poprawiał i stawiał mi warunków, co może w niej być umieszczone, a co nie. Czy mnie to boli? Nie, bo nie dbam o opinię na mój temat ludzi, którzy nie odróżniają Greya od Goethego. Ale trawy na zielono malować nie będę.       
 

2 komentarze:

  1. To niby logiczne, że wydawnictwo i autorzy muszą liczyć się z krytyką swoich książek...jednak naprawdę przykro, kiedy ktoś uważa że za darmowy egzemplarz możemy zrobić wszystko.
    A ta sprawa z biblioteką - nieciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, racja. Krytyka od tego jest, żeby mówić "to jest dobre", "tamto złe". Z drugiej strony, niektóre książki, które uważam za totalne szmiry, to te, na które w bibliotekach jest kolejka. Więc krytyk wie swoje, recenzent swoje, a czytelnik swoje ;). Co do zrobić "wszystko" za darmowy egzemplarz. Cóż, każdy wie, gdzie jest jego granica. Co jest, a czego nie jest w stanie zrobić. A sprawa z biblioteka? Życie. Murzyn wykonał pracę, murzyn może odejść.
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń