piątek, 14 sierpnia 2015

Mały wielki w towarzystwie pięknej wrednej dają radę



O „Ant-Manie” miałam napisać już kilka dni temu, ale musiałam dać sobie czas, żeby przemyśleć, co właściwie chcę o tym filmie napisać. Faktem jest, że Marvel zaskakuje nas czasem dziwnymi pomysłami. Kapitan Ameryka, Hulk, Iron Man to są pewniaki, a jaki film można zrobić o kosmitce, człowieku, szopie i drzewie? Jaki film może powstać o człowieku, który się zmniejsza i dowodzi armią mrówek? Na pierwszy rzut oka, należałoby odpowiedzieć: beznadziejny. A jednak, Marvel miał odwagę zainwestować w małego rozmiarowo i jeszcze mniej znanego superbohatera. Dlaczego?
            Scott Lang jest drobnym kanciarzem. Coś tam ukradł, ale w sumie bardziej w stylu Robin Hooda – zabrał bogatym, żeby oddać okradanym biednym. Dopiero co wyszedł z więzienia. Robi wszystko, by stanąć na nogi. Robi to dla córki, której dawno nie widział, gdyż kontakty z nią utrudnia mu matka dziewczynki. Scott stara się, ale jako były więzień, traci pracę za pracą, nawet w lodziarni. Zrozpaczony, daje się namówić dawnemu kumplowi z paki na mały skok. Duży sejf w domu starszego pana. Nic wielkiego. Skok się nie udaje, Scott zostaje złapany. Ten, którego miał obrabować, daje mu ultimatum: „albo tym razem ukradniesz coś dla mnie, albo wracasz do paki”.
            Powiem teraz coś, za co wielu wielbicieli kina superbohaterskiego pewnie mnie zlinczuje. Uważam „Ant-Mana” za najlepszy film komiksowy od czasów pierwszych „Avengers”. Przede wszystkim bardzo podobało mi się przeniesienie akcji od skali makro do mikro. I nie chodzi mi tu o wszystkie rewelacyjne sceny, gdy bohater się zmniejsza. Kiedy wanna staje się oceanem, płyta CD bieżnią, albo gdy trzeba przeskoczyć przez dziurkę od klucza. Chodzi tu raczej o inną skalę. Takie filmy jak „Avengers”, „Thor”, „Iron Man” przyzwyczaiły nas do tego, że zawsze walczymy z czasem i kosmitami/mutantami/bogami/sztucznymi inteligencjami, by uratować świat. Scott nie ratuje świata. Chce być bohaterem dla swojej córki. Aby odbić się od dna, ma jedynie wykraść pewien ważny dla doktora Pryma przedmiot. Marvel tym razem dokonał mariażu swojego świata z filmem o napadzie rabunkowym. Historii Scotta bliżej do „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, niż do wielkiej historii, gdzie na plan pierwszy wysuwa się ratowanie świata. I bardzo dobrze! Rewelacyjnie wyszło. A o tym, że stawka toczy się także w skali makro przypominają jedynie dyskretne sceny ze sprzeciwiającym się technologii zmniejszania pracownikiem firmy Pryma, który zostaje przemieniony w maleńką grudkę czerwonej mazi oraz z bogu ducha winnymi owieczkami, którym dzieje się to samo. Przecież wszyscy kochają owieczki, prawda?
            Druga sprawa, humor. Humor jest pierwsza klasa. Film jest lekki, dialogi tchną świeżością. Należy bić brawo Marvelowi, za to, że potrafi śmiać się z własnego świata. Każda patetyczna przemowa jest tu bezlitośnie obśmiana, a scena, gdy doktor Pym i jego córka Hope wybaczają sobie po wielu latach, ściskają się rzewnie, na co wchodzi Scott, rzuca jakiś komentarz, potem dodaje „Ojej, zniszczyłem atmosferę, prawda?”, a słysząc potakujące stwierdzenie doktora, stwierdza: „To ja pójdę zrobić herbatki”, to mistrzostwo. Wiele uroku komediowym scenom dodaje także banda włamywaczy-nieudaczników z paczki Ant-Mana. Wiadomo, że tej grupie nie mógłby się udać żaden skok, a jednak okpili Avengers! Oczywiście nie brakuje tu przegięć, jak choćby wielka mrówka w roli psa, ale przymknijmy na to oko. W przeważającej większości przypadków humor jest wysokiej klasy. Nadaje filmowi lekkości i uroku.
            Trzecia kwestia In plus. Bardzo lubię, że Marvel z filmu na film odwołuje się do swoich poprzednich obrazów. Tutaj także mamy odpowiedź na pytanie: „skoro mamy problem, dlaczego nie wezwać Avengers?”. Cóż, za bardzo ich przecież zajmują latające miasta. Poza tym w historii Człowieka Mrówki mamy też inne spojrzenie ma Mścicieli. Doktor Pym mówi wyraźnie, że nie są oni tak kryształowi, jak próbuje się ich ukazywać, a Stark jest zbyt nieodpowiedzialny, by posiąść technologię zmniejszania.   Ciekawe i rzucające spojrzenie na (super)bohaterów z różnych perspektyw.
           
Aktorstwo. Tytułowy Ant-Man daje radę. Michael Douglas w roli doktora Pyma (Marvel coraz częściej ściąga do siebie prawdziwe gwiazdy, vide Robert Redford, chyba w „Kapitanie Ameryka”, ale nie pamiętam na pewno) jest odpowiednio podchmurny i zmęczony życiem. Evangeline Lilly na szczęście pozbierała się już i przestała wzdychać po śmierci krasnoluda. W „Ant-Manie” może pokazać nie tylko, jakich sztuczek nauczyła się w dziedzinie walania kogoś po mordzie jako Tauriel, ale też kawałek aktorstwa. W odpowiedniej ilości jest piękna, zła na ojca, wkurzona na pojawiającego się w domu intruza, wkurzona na jego kumpli. „Piękna i wredna daje radę”, jak mówi jeden z bohaterów. To dobrze, że w scenie końcowej Marvel daje nam wyraźnie znać, że Lilly powróci jako Osa. Nawet nie przeszkadza fakt, że jej relacja z głównym bohaterem jest po brzegi wypełniona kliszami: niechęć i nieufność, złość, że ojciec woli jego od niej, potrzeba udowodnienia własnej wartości, przebaczenie, po sami wiecie co. Mimo wszystko miło się na to patrzy. Wreszcie banda nadwornych głupków-włamywaczy. Aż miło się na nich patrzy.
Minusów… nie stwierdzam. Nawet się nie nudziłam, jak to czasami potrafię się na filmach superbohaterskich.
Czy Człowiek Mrówka daje radę? Daje i to moim zdaniem znacznie lepiej, niż Mściciele, skandynawscy bogowie, faceci zakuci w puszkę oraz ci z tarczą, co kiedyś grzmocili komunistów. Obejrzyjcie, by sami się przekonać. Ode mnie „Ant-Man” dostaje znaczek jakości „Edgar poleca”.

1 komentarz:

  1. Dziwię się naprawdę, że ten film zbiera tak dobre recenzje :D Jakoś nie mogę się przemóc, by zobaczyć Mrówkę, ale może niedługo zmienię swoje nastawienie, trzeba się przekonać!

    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń