środa, 11 stycznia 2012

"Świat nie kończy się hukiem, a skomleniem"*

Wstajemy. Idziemy do łazienki umyć zęby. Przechodzimy do kuchni, by zrobić sobie kawę. Za oknem pada deszcz, ale w domu jest ciepło, gdyż działa ogrzewanie. Wychodzimy z domu, wsiadamy do samochodu. W pracy włączamy komputer, łączymy się z Internetem. Wracają z pracy robimy zakupy w supermarkecie. Korki w drodze do domu. Po powrocie wczorajszy obiad wrzucamy do mikrofali. Wykonujemy telefon do członka rodziny. Bierzemy aspirynę, bo czujemy, że bierze nas przeziębienie. Żyjemy wygodnie, komfortowo i… w ogóle o tym nie myślimy, nie odczuwamy. Do momentu aż w ciągu jednej sekundy zostaje nam to odebrane.
    Taki właśnie los spotkał Johna Mathersona i jego rodzinę, mieszkańców Black Mountain, małej amerykańskiej miejscowości, położonej w górach. W ciągu jednej sekundy świat, który znali legł w gruzach. Ameryka padła ofiarą ataku terrorystycznego. Uderzono w nią impulsem elektromagnetycznym. Przestają działać wszystkie urządzenia elektryczne. Niby nic takiego, ale bez prądu nie funkcjonują wodociągi, toalety, oświetlenie, sprzęt elektroniczny. W jednej sekundzie zatrzymują się wszystkie samochody. Nie ma łączności, nie można ustalić, co się stało. Nie ma przemysłu, bo wszystkie fabryki stanęły. Nie ma komunikacji. Nie sposób dowiedzieć się, kto jest agresorem, ani co tak naprawdę miało miejsce. Nie wiadomo, czy pomoc jest w drodze.
    William R Forstchen w swojej powieści „Sekundę za późno” pokazuje nam świat postapokaliptyczny. Ale po Black Mountain nie zaczyna nagle biegać chmara napromieniowanych zombi. Nie, Forstchen rysuje przed nami znacznie bardziej tragiczny i przerażający obraz, bo do bólu prawdziwy i prawdopodobny. Okazuje się, że Ameryka, wielkie mocarstwo, dysponujące najnowszą technologią, nagle cofa się do średniowiecza. Szpitale nie działają, leki zaczynają się kończyć. Jedzenia jest za mało, by wykarmić wszystkich potrzebujących. Szerzą się epidemie i zarazy, ludzie masowo umierają na ulicach z głodu i on niegroźnych infekcji. Szerzy się nielegalny szaber. Sąsiedzi, niegdyś uśmiechający się do siebie nawzajem na ulicy, teraz okradają i zabijają siebie nawzajem. Zaczynają działać sekty, nawołujące, że Ameryką zawładnął szatan oraz śmiertelne niebezpieczne i bezlitosne gangi przestępców.
    Akcja powieści trwa trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni, podczas których obserwujemy, jak najpotężniejsze państwo świata zmienia się, starając się uczynić wszystko, aby przetrwać. Początkowo wszyscy myślą, iż sytuacja szybko wróci do normy. Ameryka jawi im się wciąż jako mocarstwo, którego nie można zniszczyć. „Kraina mlekiem i miodem płynąca, kraina, gdzie głównym problemem zdrowotnym była nadwaga, a sportem narodowym wyścig sieciowych restauracji serwujących Fast fordy, które w reklamach przechwalały się stworzeniem największego, najtłustszego hamburgera”(s. 300).  Ta właśnie Ameryka staje teraz przed problemem, iż mięso na hamburgery nie rośnie na kolorowych tackach w supermarkecie. Staje przed wyborem, czy zjeść własnego psa, czy umrzeć z głodu. Z każdym dniem społeczeństwo się zmienia. „Teraz my mamy wojnę, wojna jest tutaj. Walczymy sami ze sobą, bliźni z bliźnimi, o kawałek chleba, a nawet o kawałek ciała zmarłego człowieka”(s. 401).  Jedno się jednak nie zmienia. W postapokaliptycznej Ameryce, która już przestaje wierzyć w słowa „Boże, przecież tu jest Ameryka!”, ludzie nadal lubują się w wielkich, kwiecistych, patriotycznych mowach i przemówieniach.     
    Dodatkowym atutem powieści jest uczynienie jej głównym bohaterem profesora historii. Dzięki temu narracja została wzbogacona o wiele historycznych odwołań do minionych wydarzeń. Matherson porównuje sytuację mającą miejsce w Black Mountain do tych z okresu działalności i władzy Hitlera, czy Stalina. Autor nie szczędzi nam ponadto plastycznych opisów, nie epatujących nadmiernym okrucieństwem, ale mimo to niezwykle dosadnych, prawdopodobnych i przerażających. Krok po kroku pokazuje mechanizm upadku wielkiego mocarstwa i jego powrotu do życia rodem z średniowiecza.
    „Sekundę za późno” jest najlepszą powieścią apokaliptyczną, jaką dane mi było czytać. Jest tak dobra i sugestywna, że po przeczytaniu ostatniego zdania miałam ochotę biec do sklepu i zrobić zapasy cukru, soli, lekarstw, baterii i konserw. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nic takiego nie wydarzy się za naszego życia.  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:



* Cytat pochodzi z powieści (William R. Forstchen, „Sekundę za późno”, Warszawa 2011, s. 455.)

6 komentarzy:

  1. Zapowiada się naprawdę interesująco, a Twoja recenzja jak zawsze rewelacyjna!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka na razie czeka na swoja kolej, ale wiem, że jest co najmniej ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę przyznać, że nie słyszałam wcześniej o tym tytule, a szkoda bo zapowiada się niezwykle obiecująco.

    OdpowiedzUsuń
  4. Po przeczytaniu recenzji stwierdzam że z pewnością przypadnie mi do gustu, wydaje się że to tylko elektryczność a jednak...:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałam Wam wszystkim podziękować za to, że czytanie i komentujecie moje teksty. Dobrze wiedzieć, że jesteście :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha! pewnie kolejna do przeczytania jakby ich było mało, życia mi nie starczy, bo tyle jest ciekawych do przeczytania.
    A najgorsze, że ślepnę i co jak nie będę mogła czytać?

    Recenzja jak zwykle świetna, ta twoja łatwość manipulowania tekstem >> zazdrość <<

    OdpowiedzUsuń