czwartek, 11 lutego 2016

Już mnie to chyba nie bawi



Do tej pory byłam zagorzałą zwolenniczką, a co więcej nawet orendowiczką, pisarstwa Iwony Andrews. Cykl o Kate Daniels uważam (uważałam?) za świetny. Również „Na krawędzi”, wbrew pewnym zastrzeżeniom, wzbudziło mój entuzjazm. Nic dziwnego, że pobiegłam do księgarni po kontynuację, a książka otrzymała wyjątkowo krótki okres oczekiwania od wylądowania na półce do przeczytania, prawda? Czy słusznie?
            Bohaterem „Księżyca nad Rubieżą” jest William. Kto czytał poprzednią powieść małżeństwa ukrytego za pseudonimem Ilona Andrews wie, że w poprzednim tomie głównymi bohaterami byli Rose i Declan, a William był jedynie bohaterem pobocznym, zresztą niezbyt lubianym przez pozostałych. Po przeczytaniu trzydziestu stron nastąpiła pierwsza konsternacja: „Nie będzie Rose?”. Otóż, nie będzie. Andrews serwuje nam nową dwójkę głównych bohaterów – pobocznego dotąd Williama, o którego życiu dowiadujemy się teraz znacznie więcej oraz zupełnie nową postać, Cerise Maar. Dziewczyna mieszka na Moczarach, gdzie William przybywa, aby odnaleźć i zabić swego dawnego wroga, Pająka. Los sprawia, że rzeczony zbir porwał rodziców dziewczyny…
            Poprzednie książki Andrews zawsze stały na przyzwoitym poziomie – dobrze poprowadzona i warta akcja, sympatyczni lub antypatyczni bohaterowie, świetne sceny pojedynków, w miarę nowatorski świat przedstawiony. Słowem, kawałek przyzwoitego fantasy. Tutaj niby jest tak samo. Niby. Jest akcja, którą wciąga, są dobrze napisani bohaterowie, jest nawet tajemnica. Ale czegoś nie ma. Czego? Trudno mi to określić, ale muszę przyznać, że najnowsza książka Andrews mnie denerwowała. W sumie wszystko kręciło się wokół schematu „kto się czubi, ten się lubi”. Oczywiście, że wiadomo, iż główni bohaterowie najpierw muszą za sobą nie przepadać, żeby potem zostać parą, ale może już wyrosłam ze schematu: „Najpierw cię nie lubię, a potem mam ci ochotę wskoczyć do łóżka/ zerwać z ciebie ubranie”? Bo ja wiem, czy mężczyzna w takich powieściach zawsze musi być mega przystojny i wysportowany, musi być mistrzem miecza, a do tego mieć skomplikowaną przeszłość i mega dużo kasy? Ona natomiast zawsze musi być dumna, piękna i pyskata? A na koniec polejmy to wszystko jeszcze obficie lukrem, jak w bajce Disneya. W niemal magiczny sposób pozbywamy się rodziny, która do tej pory przeszkadzała, bohaterowie kupują sobie zameczek i siedzą na werandzie albo inszym balkonie, oglądając zachód słońca. Bleeee...
            Niewykluczone, że mój odbiór „Księżyca nad Rubieżą” był podyktowany moją sytuacją życiową w tamtym momencie. Bajki mnie wtedy niesamowicie drażniły, bo boleśnie odczuwałam, że w życiu tak nie jest. Może gdybym miała lepszy nastrój, oceniłabym ją inaczej. Niewykluczone. W tej chwili na rynku wydawniczym ukazał się kolejny tom przygód Kate Daniels tych samych autorów. Ten cykl zawsze mi się podobał. Więc dam mu szansę. Jeśli zdenerwuje mnie podobnie, jak przygody Cerise i Williama, to dam sobie spokój z Iloną Andrews.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz