piątek, 26 lutego 2016

Sufrażystka



„Sufrażystkę” musiałam obejrzeć, choćby ze względu na swoje własne poglądy. Dodatkową zachętą była główna rola Carey Mullingan, którą widziałam już w „Z dala od zgiełku” oraz w „Nie opuszczaj mnie”. W obu mnie zachwyciła. Muszę przyznać, że wprost rzuciłam się na „Sufrażystkę”.
                „Sufrażystka” to historia Moud Watts, praczki, żony, matki, która przez zupełny przypadek zostaje poproszona przez przyjaciółkę o wygłoszenie apelu do ministra o lepsze traktowanie kobiet w pracy. Uświadamiając mężczyznom, jak są wykorzystywane, kobiety pragną wywalczyć sobie prawo wyborcze. Tylko w nim upatrują możliwości do zmiany własnego ciężkiego losu.
                Film Sary Wolters skupia się w zasadzie na jednostce, przez kalkę której pokazuje zbiorowość. Maud wcale nie chce być sufrażystką. To właściwie przypadek ją nią czyni, a potem już nie ma wyboru. Wygłasza swój postulat przed premierem, potem uczestniczy w odczytaniu odmownej decyzji, która przemienia się w demonstrację. W efekcie, zostaje napiętnowana przez sąsiadów i wyrzucona z domu przez męża. Angażuje się w działania sufrażystek, bo tylko tak może zmienić prawo, które mówi, że dziecko jest własnością jej męża.
                „Sufrażystka” łączy ze sobą elementy fikcji (postać Moud jest całkowicie wykreowana na potrzeby filmu) oraz autentycznych wydarzeń. Reżyserka pokazuje nam więc autentyczne działania prawdziwych sufrażystek – rozbijanie wystaw sklepowych, wysadzanie skrzynek pocztowych i domu ministra, samobójstwo jednej z działaczek, która pozwala się stratować królewskiemu koniowi tylko po to, by przyciągnąć uwagę prasy, głodówki w aresztach. Na przykładzie postaci Maud i kobiet, z którymi się styka, odtwarza ówczesne realia – mężczyzna ma wyłączne prawo do pieniędzy kobiety, do dzieci, lepiej zarabia, wykonując tę samą pracę, może molestować i wykorzystywać seksualnie pracownicę, korzystając z władzy nad nią.


                Na szczęście Sara Wolters ustrzegła się w swoim filmie od jednostronności. Pokazuje nam zarówno kobiety walczące o swoje prawa (tutaj warto wspomnieć o trzyminutowej roli Meryl Streep jako Sylwii Pankhurts, autentycznej sufrażystki), jak i te, które wyśmiewają je i piętnują, uznając, że kobiety nie powinny otrzymać prawa głosu. Z drugiej strony mamy zarówno mężczyzn, którzy korzystają całkowicie z władzy nad kobietami – zabierając im pieniądze, wyrzucając z domu, bijąc, jak i tych, którzy wspierają swoje żony w walce o równouprawnienie.
                Warto spojrzeć na „Sufrażystkę” również jako kronikarski obrazek z porządku XX wieku. Naturalistycznych scen z pralni, domów mieszczańskich, miejskich ulic pokazujących życie zarówno biednych, jak i tych zamożnych, nie powstydziłby się ani Dickens ani Zola.  

                Za dość znaczny minus filmu uznaję pozostawienie w zawieszeniu losów głównej bohaterki. Skoro już reżyserka decyduje się na ukazanie portretu jednostki na tle zbiorowości, powinna go jakoś domknąć. Tymczasem film kończy się, pozostawiając Moud Watts w zawieszeniu. Czy syn ją odnalazł, czy doczekała nadania angielskim kobietom prawa głosu? Tego się już nie dowiemy.
Po obejrzeniu „Sufrażystki” możemy się jedynie cieszyć, że żyjemy sto lat po tamtych wydarzeniach. Możemy już decydować o sobie, mamy swobody, o których one nawet nie śniły. A jednak wciąż zostaje jeszcze dużo do zrobienia. Wciąż nie wywalczyłyśmy sobie równości. Dobrze chociaż, że już nie musimy łamać prawa, by udowadniać, że chcemy je stanowić. Mamy prawo do swojego głosu, nawet, jeśli nikt go nie słucha.

1 komentarz:

  1. Świetny film! :) Bardzo podoba mi się post, jak i cały blog :)
    Zapraszam do nas, dopiero zaczynamy :)

    OdpowiedzUsuń