Naprawdę sądzę, że na świecie nie ma nic lepszego od miłości poza kroplami na kaszel

Wszystkim Dzieciom i Dorosłym, którym udało się zatrzymać w sobie dziecko, składam najserdeczniejsze życzenia. Zastanawiałam się czy uda mi się dobrać odpowiednią recenzję na tę okazję, ale wtedy przypomniało mi się, że nie dzieliłam się jeszcze z Wami recenzją "Narzeczonej księcia" (i nie, nie chodzi mi tu o relację ze ślubu Harry'ego, który o dziwo, w przeciwieństwie do ślubu Williama, udało mi się przegapić; a na marginesie, kto nie widział POPów rodziny królewskiej, niech zerknie, fajne są :D). Miłej lektury i sto lat wszystkim Małym i Dużym Dzieciom!.


William Goldman znany jest przede wszystkim jako twórca scenariuszy filmowych. Jest autorem kilku arcydzieł, które weszły do klasyki kinematografii. Spod jego pióra wyszedł tekst „Maratończyka”, „O jeden most za daleko” czy „Wszystkich ludzi prezydenta”. Za scenariusz do „Butcha Cassidy i Sundance Kida” otrzymał nawet Oscara. Pewnego dnia jednakże William Goldman zapytał swe córki, o czym chciałby przeczytać książkę. Jedna z nich odpowiedziała, że o księżniczce, druga natomiast, że o pannie młodej. W ten sposób powstała „Narzeczona księcia”, którą dziś uznaje się za absolutny kanon literatury fantasy.  Sam autor zaadaptował ją zresztą później na scenariusz filmowy.
      Pierwszy raz „Narzeczona księcia” ukazała się w Polsce w 1995 roku, nakładem wydawnictwa Prószyński, w dwadzieścia dwa lata po swojej premierze w Stanach Zjednoczonych. W 2018 roku, z okazji czterdziestej piątej rocznicy wydania powieści oraz trzydziestej rocznicy ukazania się adaptacji filmowej, wydawnictwo Jaguar postanowiło nam ją przypomnieć. Wydanie to zostało rozszerzone o dodatkowy wstęp autora. Czytelnikom zaprezentowano także rozdział z „Dziecka Buttercup”.
     „Narzeczona księcia” to powieść o wielkiej miłości. Westley jest parobkiem w gospodarstwie rodziców Buttercup. Choć dziewczyna początkowo z niego drwi i wciąż tylko mu rozkazuje, na skutek splotu okoliczności zaczyna rozumieć, że jest w nim zakochana. Młodzi wyznają sobie miłość i wtedy Westley postanawia popłynąć do Ameryki, by dorobić się majątku. Po pewnym czasie do Buttercup dociera wiadomość o jego śmierci. Dlatego, gdy otrzymuje propozycję matrymonialną od księcia, postanawia się zgodzić.
     Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak cudownej powieści jak „Narzeczona księcia”. Ta książka jest tak wyśmienitą, wysmakowaną i bardzo świadomą samej siebie literacką parodią romansów, legend, powieści przygodowych, powieści „płaszcza i szpady”, że trudno nie śmiać się przy niej w głos. Autor z niebywałą literacką gracją ośmiesza literackie klisze i schematy. Parodiuje rozmowy i zachowania kochanków, postaci bohaterów poszukujących zemsty, postaci literackich heroin, złych władców, osiłków, czarodziejów i wiedźm. Właściwie to można wymieniać i wymieniać. Tego, w jak cudowny sposób robi to Goldman nie da się opisać, tego trzeba doświadczyć.
Mówiąc o „Narzeczonej księcia” nie sposób nie powiedzieć kilku słów o sposobie, w jaki jest napisana ta powieść. Przede wszystkim mamy tam do czynienia z dwoma tekstami. Z tekstem właściwym, którym jest „Narzeczona księcia”, pióra wielkiego florinskiego literata S. Morgensterna oraz z komentarzem Goldmana, który, pragnąc podarować książkę swojemu dziesięcioletniemu synowi zauważył, że historia ta jest pełna dłużyzn i niepotrzebnych przestojów, niebezpiecznie bliskich traktatom filozoficznym i satyrom politycznym. Z tego też powodu pisarz rozpoczął pracę redakcyjną w celu jej skrócenia. Jest to zatem opowieść w opowieści. A odautorski komentarz Goldmana o pracach nad zaadaptowaniem książki na potrzeby dzisiejszego młodego czytelnika i o perypetiach, jakie w związku z tym przeżył, to mistrzostwo świata. Mamy więc, w ramach jednej powieści, do czynienia z dwoma świetnymi utworami. Choć zarówno Morgersten, jak i pojawiający się w książce syn Goldmana są fikcyjni, jak i obie opowiadane historie.
        Podziwiam wydawnictwo Jaguar, że zdecydowało się zaryzykować i wydać „Narzeczoną księcia”. Jest to bowiem wydawnictwo nastawione na prozę młodzieżową. I choć „Narzeczoną księcia” S. Morgernsterna uznaje się za kanon literatury dziecięcej, to jestem przekonana, że nie jest to jednak powieść dla dzieci. Nawet nie dla młodzieży. By w pełni się nią cieszyć i w pełni ją rozumieć trzeba mieć pewną świadomość literacką, której młodym czytelnikom zdecydowanie jeszcze brakuje. Jeśli ktoś ma docenić tę książkę i naprawdę mieć nieodpartą radochę podczas lektury, będą to, mimo wszystko, tylko czytelnicy dojrzali. Młodzież najprawdopodobniej niestety jej nie zrozumie, nie pozna się na przewrotności tekstu, przez co „Narzeczona księcia” straci w ich oczach.
     Jeśli jesteście dorośli i jeśli jeszcze nie mieliście tej możliwości, by poznać tę cudowną książkę, pędźcie do księgarni po „Narzeczoną księcia” Ubaw po pachy, nie zawiedziecie się!

Komentarze

  1. Dostałam tę książkę od wydawnictwa i już niedługo zacznę ją czytać! Jestem jej niesamowicie ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie akurat humor autora raczej nie ruszył. Rozumiem książkę, cenię w pewnym sensie, ale praktycznie na pewno do niej nie wrócę.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty

Etykiety

Pokaż więcej