Usłysz, kiedy śpiewa lud


Kiedy w 2013 roku obejrzałam filmową wersję musicalu „Nędznicy”, zakochałam się po uszy. Wiecie to była jedna z TYCH miłości – od pierwszego wejrzenia, intensywnia aż po grób. Film, w którym w główne role wcielają się Hugh Jackman i Russell Crowe zauroczył mnie do tego stopnia, że sięgnęłam po książkowy oryginał i co tu kryć, utonęłam jeszcze bardziej! Choć od tamtej pory minęło ładnych parę lat, a moje wędrówki musicalowe zawiodły mnie do różnych miejsc na mapie Polski, nigdy nie widziałam „Nędzników” na żywo. Nigdy, aż do tej pory. Łodźka inscenizacja „Nedzników” jest trzecią na scenach polskich teatrów. Wcześniej musical ten wystawiała Gdynia (premiera 1989) i Teatr Muzyczny Roma (2010). Premiera spektaklu w łódzkim Teatrze Muzycznym odbyła się w październiku 2017 roku. My widzieliśmy przedstawienie w sobotę, 16 czerwca.
            Jest coś w tym przedstawieniu, że od 1982 roku, kiedy powstał, spojrzenie małej Kozetty z plakatu  (afisz jest zawsze ten sam, niezależnie od roku i miejsca wystawiania spektaklu i stanowi reprodukcję ryciny autorstwa paryskiego malarza Emila Bayarda, będącą ilustracją do pierwszego wydania „Nędzników”) przyciągają do teatrów tłumy.  
            Główne osie fabularne są w „Nędznikach” trzy – wspólna historia galernika Jeana Valjeana, który odpracowawszy swoją winę, próbuje wyjść na prostą, co wciąż utrudnia mu ślepo zapatrzony w nieludzką literę prawa policjant Javert, rewolucja przygotowywana przez grupę studentów i trójkąt miłosny Mariusz–Kozetta-Eponina. We wszystkie te trzy historie, splatające się ze sobą w toku dziania się akcji, można niesamowicie się wciągnąć.
            „Nędznicy” są spektaklem, który trudno przedstawić na scenie. Sami rozumiecie, postawić barykadę i pokazać walczące ulice Paryża to nie jest prosta sprawa. Łódzkiemu teatrowi udało się jednak wyśmienicie. Z jednej strony zaproponowano bowiem dekorację stałą (uliczne budynki), z drugiej ruchomą (jak choćby ogród w domu Kozetty, gospoda Thenardierów,), z trzeciej natomiast zrobiono fenomenalny użytek z zasłon-ekranów, doskonale wykorzystując je, by pokazać kanały czy płonące ulice.
            Miłą odmianą były także kostiumy. Bo fatalnym gdyńskim „Wiedźminie”, tu mieliśmy wreszcie realizm – mundury i wyglancowane buty żandarmów, łachmany żebraków i bardziej wyszukane stroje bogatych mieszczan. Wokalnie oceniać przedstawienia nie będę, bowiem, byłabym jak świnia, która uznaje, że zna się na gwiazdach. Niektóre z osób, z którymi byłam, uważały, że spektakl był za głośny. Ja jednak do nich nie należę. Uważam, że sceny zbiorowe w tym przedstawieniu powinny być głośne i podniosłe (z tym, że prawdą jest, iż siedziałam w XII rzędzie, może nieco bliżej miałabym inny pogląd na tę sprawę). I jeszcze jedna kwestia, jeśli chodzi o dźwięk. Teatr Muzyczny w Łodzi gra „Nędzników” już od dziewięciu miesięcy. Takie problemy z dźwiękiem, jakie towarzyszyły otwarciu drugiego aktu, nie powinny się już chyba zdarzać. (Niestety, jedną z piosenek zdarzyło się też aktorom zaśpiewać nierówno, jeden z nich wszedł za wcześnie.)
            Jestem wielką entuzjastką musicali, to prawda. A „Les Misérables” jest moim najulubieńszym z ulubionych. Dlatego mogę nie być obiektywna. Jednak byłam na przedstawieniu z przyjaciółką, która za tym gatunkiem nie przepada. Zatem za całą rekomendację niech posłużą jej słowa: „Jeszcze chwilę a sama wystąpiłabym o azyl we Francji”. 

Komentarze

  1. To ja będę czekać, aż będą wystawiać w Krakowie, pozdrawiam znad filiżanki porannej kawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Krakowie z kolei jeszcze nie byłam. Może kiedyś. Serdeczności znad kubka mięty podczas popołudniowej pracy.

      Usuń
  2. Widziałam w Romie, a także w Łodzi. Niestety wielkie rozczarowanie. Romie rzeczywiscie udało się pokazać walczące ulice. Scena skoku z mostu w Łodzi wola o pomstę.

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty

Etykiety

Pokaż więcej