piątek, 30 marca 2012

Pozycja dla zainteresowanych współczesnym życiem literackim


Trzynaście lat temu Andrzej Horubała marzył o chuliganie. Ponieważ jego marzenie się nie spełniło, powrócił do rzeczywistości, by napisać trzy książki i wyprodukować kilka programów telewizyjnych. W 2011 roku wydał książkę krytycznoliteracką „Żeby Polska była sexy”, zawierającą przedruki teksów napisanych na przestrzeni ostatnich dwunastu lat i drukowanych w „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. 
            W sporych rozmiarów zbiorze tekstów polemicznych, które złożyły się na „Żeby Polska była sexy”, znajdziemy nie tylko recenzje książek, ale także filmów i przedstawień teatralnych. W tekstach Andrzeja Horubały obrywają po uszach właściwie wszyscy. Autor nie oszczędza ani twórców nagradzanych i cenionych, ani starych mistrzów o pozycji tak mocnej, jak fundamenty Pałacu Kultury. Gretkowska? Pisała dobrze, ale w „Transie” właściwie powiela sama siebie. Podstarzała nimfetka. Stasiuk? Cóż, sprawnym piórem maskuje literacki kicz, a metafizyką przykrywa elementarny brak wiedzy na temat krajów, które odwiedza. Słobodzianek? Dziś bardzo wielu pisze o Holocauście. Cierpienie Żydów przemieniło się w temat chodliwy. Krytyka łyknie. Jeśli się wie, o czym pisać, to i nagrodę można dostać. A twórca też człowiek, pieniądze lubi. Wajda? Wielkim twórcą był, z naciskiem na był. Od lat robi kiepskie filmy, ale nikt się nie odważy podnieść ręki na Mistrza. Herbert? Na starość trochę mu odbiło. Zdecydowaną część jego wierszy charakteryzuje patos, przed którym wszyscy padają na kolana, ale gdyby tak spojrzeć pod lupą, na chłodno, tu tautologia, tam brak sensu. W niektórych tekstach autora „Pana Cogito” puenta jest, owszem, niezwykle zgrabna, ale w zasadzie nie bardzo wiadomo, o co chodzi. I dalej w ten deseń przez trzysta osiemdziesiąt siedem stron.
   Andrzej Horubała krytykuje wszystkich. I za to krytykanctwo można by i jego skrytykować. Gdybyż tu tylko o krytykanctwo chodziło! Ale trudno zbesztać, ocenić negatywnie, kiedy wygłaszane sądy są w przerażającej większości trafne i prawdziwe. Ma Horubała rację. Nagradzamy książki kiepskie, które wygrywają tematem. Słobodzianek napisał marny dramat, ale za to o Żydach. Krytyka lubi pławić się w tematach traumy, odrzucenia, wykluczenia, cierpienia, tym sentymentalizmie XXI wieku.  Zatem dajmy mu nagrodę, bo i tak nie ma komu. Ma rację, że twórcy nierzadko piszą pod krytykę, że pieniądze są nie od rzeczy, a większość szuka poklasku i tylko czeka, aż im wręczą literackiego cukierka. Nie mogę nie zgodzić się, że przed niektórymi Twórcami padamy na kolana, gotowi krzyknąć niczym Oleńka z „Trylogii” (której nieprzeczytaniem tak chełpi się Stasiuk!): „Jędruś, jam ran twych niegodna całować” i wybaczamy ich każde potknięcie, a rzeczywiste dzieła zamiast oceniać, obficie obsypujemy pozłotą, byle się tylko nie wydało, że to już nie takie dobre, że wręcz przeciwnie, jakieś miałkie, bez polotu. To prawda, że w przypadku lektury Mistrzów: „Ludzie tak się przyzwyczajają do swoich patetycznych lektur, że nie są w stanie zdobyć się na krytyczną analizę wierszy, które ich wzruszają. Brakuje im luzu Kisiela, który ilekroć słyszał hymn Boże, coś Polskę, nie omieszkał zapytać, przez jak liczne wieki, bo przez ostatnie lata coś nie za bardzo…”*. 
         Duża część teksów w „Żeby Polska była sexy” podparta jest lekturą innych teksów recenzenckich i krytycznych na temat danego tekstu. Horubała udowadnia, że najpierw odrobił lekcje, a potem zaczął się wymądrzać. Pozostał na pozycji osobnej. Choć, jak sam zauważa, wypadło mu już nieco włosów, nadal jest chuliganem. Swoją książką pokazuje, że przede wszystkim należy mieć własne zdanie. To nieważne, że X czy Y powiedział, że Z wielkim twórcą był. To nie jest tak, że koniec i bomba, a kto się nie zgadza ten trąba. Być może bliskość X czy Y nas paraliżuje, ale mimo wszystko powinniśmy znaleźć w sobie odwagę, by powiedzieć „ale ja myślę inaczej”. Nawet, jeśli nie jesteśmy chuliganami.   

________________________________
Andrzej Horubała, Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne, Warszawa 2011, s. 125. 

2 komentarze:

  1. Szanuję ludzi, którzy nie boją powiedzieć, że to im się nie podoba. Warto czasem przeciwstawić się ogólnej opinii, bo być zaczniemy doceniać to, co naprawdę warto. Szkoda, że tak mało ludzi mówi, co tak naprawdę im się podoba (być może boją się, że stwierdzenia, że "to obciach" - nie wiem). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. okonakulture - oczywiście, że warto, też jestem jego zdania, a jednak byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że zawsze potrafię to zrobić. Mnie też czasami załącza się mechanizm z czerwoną lampką i napisem "no przecież ONI na pewno wiedzą lepiej!" i myślę sobie, że to lepiej nic nie mówić, bo mnie wyśmieją, popatrzą jak na wariatkę. Wydaje mi się, że myślenie, że zaczniemy doceniać "to, co naprawdę warto" jest dość utopijne. Krytyka docenia zwykle to, czego niemal nikt nie czyta. Czytający doceniają natomiast to, co niejednokrotnie niemal się nie da czytać. I koło się zamyka, jednocześnie robiąc się jakieś takie, bo ja wiem... kwadratowe? Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń